Meaning Makers
← Artykuły
Baner artykułu z tytułem "Nie broń status quo. Zmień sposób myślenia o zmianie."

Nie broń status quo. Zmień sposób myślenia o zmianie.

Wojtek Mendyka

Czy byłeś kiedyś w więzieniu?

Odpowiem za Ciebie - byłeś. Spokojnie - zaraz wyjaśnię.

Jest jedna rzecz, która wraca na szkoleniach Meaning Makers niezależnie od tematu. Jest to już niemal mój taki wewnętrzny mem.

No bo jak to wyjaśnić inaczej? Pracuję z liderami odpowiedzialnymi za kierunek organizacji. Pracuję z handlowcami, którzy próbują przekonać klientów do zmiany dostawcy lub sposobu działania. Pracuję z ekspertami, którzy chcą wprowadzić nowe podejście w zespole.

Niemal za każdym razem rozmowa schodzi do tego samego zjawiska.

Nawet jeśli nie planowałem tego w agendzie, nawet jeśli nie było tego w planie szkolenia, ten wątek i tak się pojawia. Ni stąd ni zowąd - wkrada się w rozmowy, albo w debrief ćwiczeń na warsztatach. Zaczynam się z tego już nawet śmiać.

Co to za zjawisko? Widzisz, zmienia się branża, zmienia się poziom decyzyjny, zmienia się skala odpowiedzialności. Mechanizm pozostaje identyczny. Ktoś widzi potrzebę zmiany. Ktoś inny broni obecnego stanu. Z zewnątrz wygląda to jak opór wobec logiki. W środku często jest to próba ochrony własnej pozycji.

O czym mowa?

Oczywiście, o status quo – czyli naszej irracjonalnej tendencji do trzymania się stanu obecnego nawet w obliczu sensownych argumentów.

Dlatego często zaczynam od pytania: czy byłeś kiedyś w więzieniu? I odpowiedź w pewnym sensie brzmi: tak. Wszyscy kiedyś byliśmy - i w wielu kwestiach, nadal jesteśmy więźniami teraźniejszości.

Są nimi także Twoi klienci, Twoi pracownicy, a czasem nawet Twój zarząd.

Jeszcze spoza pracy, od razu przychodzi mi do głowy mój bierny opór wobec Microsoftu, który chciał mnie zmusić do przesiadki na Windows 11, a ja nie chciałem (może miałeś podobnie?).

Ta zabawa w kotka i myszkę trwała miesiącami. Powiadomienia, maile, komunikaty po włączeniu komputera i tak dalej. Czy to dlatego, że tak bardzo kochałem Windows 10? Nie. Po prostu byłem do niego przyzwyczajony. Miałem poustawiane swoje rzeczy, swoje skróty, swoje nawyki. Zmiana wiązała się z minimalnym dyskomfortem, ale jednak była zmianą.

W pracy jest tak samo. Mamy nowsze modele zarządzania, bardziej dopasowane do współczesnych realiów, a zespoły i tak trzymają się tego, co znane. Przedstawiamy klientowi lepsze rozwiązanie, a on zostaje przy starym, choć logicznie wychodzi, że Twoje jest korzystniejsze. A może jesteś ekspertem i proponujesz nowe podejście albo konkretną zmianę, a ludzie reagują oporem, często biernym.

Ludzie rzadko zostają dlatego, że wszystko działa perfekcyjnie. Zostają, ponieważ znają konsekwencje. A to daje poczucie kontroli.

Status quo nie jest wygodne. Ono jest przewidywalne. A dla mózgu przewidywalność jest ważniejsza niż potencjalna poprawa.

Dlaczego zostajemy, nawet gdy wiemy, że można lepiej

Znasz kogoś, kto nie lubi swojej pracy? Jest szansa, że tak i możliwe że spotykasz taką osobę raz na parę miesięcy... Zauważyłeś, że taka osoba często po paru miesiącach, nadal jest w tej pracy?

W praktyce rzadko spotykamy ludzi, którzy mówią: „jest idealnie, nie zmieniajmy niczego”. Zazwyczaj wszyscy widzą niedoskonałości. Widzą ograniczenia. Widzą utracone szanse.

A jednak zostają. Powód jest prostszy, niż się wydaje.

Obecny stan ma jedną ogromną przewagę – znamy jego granice. Wiemy, jakie są jego koszty. Wiemy, jak bardzo boli. Nawet jeśli ten ból jest chroniczny, jest przewidywalny.

Tak jest w przypadku miejsca pracy. Myślisz - nie lubię przełożonego, ale go znasz i wiesz czego oczekuje. Nie lubisz swojej pracy, bo może za mało płacą... ale znasz oczekiwania, obowiązki i tak dalej. Masz wszystko poustawiane, logistyka, rozkład tygodnia.

Zmiana to coś innego. To ruch w kierunku, którego nie potrafimy do końca oszacować. Można przeczytać raporty. Można policzyć scenariusze. Można wysłuchać prezentacji. Ale moment decyzji przypomina raczej scenę z Indiany Jonesa, kiedy bohater musi wejść w przestrzeń, która z pozoru wygląda jak przepaść.

Kadr z filmu: Indiana Jones i Ostatnia Krucjata.
Kadr z filmu: Indiana Jones i Ostatnia Krucjata.

Czy wykonasz krok?

W firmach widzę to regularnie. Strategia nie jest idealna, ale działa „wystarczająco”. Każdy ma świadomość, że rynek się zmienia, że konkurencja inwestuje, że technologia przyspiesza. Mimo to ruch odkładany jest na później. Nie dlatego, że dane są niejasne. Dlatego, że skok w nieznane ma nieokreślony koszt.

W sprzedaży klient często przyznaje, że obecne rozwiązanie nie spełnia wszystkich oczekiwań. Jednak pozostanie przy nim oznacza utrzymanie znanych parametrów ryzyka. Zmiana dostawcy to nie tylko potencjalny zysk. To także możliwość, że coś pójdzie nie tak w pierwszych miesiącach, że proces będzie bardziej wymagający, że pojawią się nieprzewidziane komplikacje.

W zespole eksperckim sytuacja wygląda podobnie. Stary proces bywa nieefektywny, lecz przewidywalny. Nowy może przynieść poprawę, ale zanim to się stanie, wymaga adaptacji, nauki, chwilowego spadku płynności.

Status quo ma jedną psychologiczną przewagę: jest znane.

Ludzie nie trwają w nim dlatego, że wierzą w jego doskonałość. Trwają, bo nie generuje natychmiastowego zagrożenia. A to dla mózgu ma ogromne znaczenie.

Z perspektywy biologicznej system nerwowy woli znane ograniczenia niż nieznane ryzyko. Historia ewolucyjna nauczyła nas, że nowe środowisko może kryć zagrożenia, których nie potrafimy przewidzieć. Znane środowisko, nawet jeśli dalekie od ideału, daje poczucie kontroli.

Dlatego status quo jest tak stabilne. Nie dlatego, że jest najlepszą opcją. Dlatego, że jest najbezpieczniejszą z tych, które potrafimy sobie wyobrazić.

A zmiana? Zmiana wymaga kroku w przestrzeń, której nie widzimy w całości.

I właśnie w tym miejscu zaczyna się prawdziwa praca lidera, handlowca i eksperta. Nie na poziomie argumentów, ale na poziomie redefinicji bezpieczeństwa.

I o tym jest ten artykuł .

Skoro więc nie chodzi o brak świadomości, tylko o poczucie bezpieczeństwa, zobaczmy, co na ten temat mówi psychologia decyzji.

Co mówi psychologia decyzji

Dawno temu trafiłem na badanie Christopher'a Andersona, który w swojej pracy dotyczącej unikania decyzji (The psychology of doing nothing: forms of decision avoidance result from reason and emotion, 2003) opisywał coś, co na pierwszy rzut oka wydaje się paradoksalne: ludzie częściej żałują działań niż zaniechań. Gdy podejmujemy decyzję i coś pójdzie nie tak, łatwo wskazać moment, w którym „to my zrobiliśmy ruch”. Odpowiedzialność jest jednoznaczna.

Ale... kiedy nic nie robimy, a sytuacja pogarsza się powoli, trudno wskazać jeden punkt zwrotny. Wina rozkłada się w czasie, w okolicznościach, w „rynku”.

To dlatego zaniechanie bywa psychologicznie bezpieczniejsze niż działanie.

Nic dziwnego, że tak ciężko jest przeprowadzić jakąkolwiek zmianę... zwłaszcza, jeśli instynktownie skupiasz się tylko nad zaletami zmiany, a pomijasz przywiązanie do status quo.
Nic dziwnego, że tak ciężko jest przeprowadzić jakąkolwiek zmianę... zwłaszcza, jeśli instynktownie skupiasz się tylko nad zaletami zmiany, a pomijasz przywiązanie do status quo.

Do tego dochodzi przewidywany żal. Zanim jeszcze podejmiemy decyzję, mózg uruchamia symulację. Wyobrażamy sobie scenariusz, w którym zmiana się nie udaje. Widzimy rozmowę z przełożonym. Wyobrażamy sobie komentarze zespołu. Słyszymy pytania klienta: „dlaczego zdecydowaliśmy się na tę opcję?”. Ten proces zachodzi bardzo szybko i często poza świadomą kontrolą. Mózg nie czeka na realną porażkę. On ją uprzedza.

Możemy zrobić eksperyment myślowy. Wyobraź sobie, że idziesz ulicą w dość nieciekawej części Twojego miasta. Środek nocy. Po drugiej stronie idzie trzech zakapturzonych gości.

Co robisz? Nie chcesz być takim pesymistą prawda... Na pewno nic się nie stanie. Ale jednak Twój mózg bardzo intensywnie Ci podpowiada - przejdź na drugą stronę ulicy. Na wszelki wypadek. Jeśli przejdziesz, a spacerowicze okażą się totalnie nieszkodliwi - to nic nie straciłeś, poza minimum ekstra wysiłku. Ale jeśli nie przejdziesz, a oni okażą się wrogo nastawieni?

Widzisz, to czysta szybka analiza ryzyka Twojego mózgu. Lepiej założyć, że będzie źle.

Tak samo jak lepiej założyć, że zmiana którą ktoś Ci proponuje - może się nie udać.

Z punktu widzenia neurobiologii to ma sens. Układ odpowiedzialny za wykrywanie zagrożeń nie rozróżnia wyłącznie fizycznego niebezpieczeństwa. Reaguje również na ryzyko utraty statusu, reputacji i wpływu w grupie. Dla naszych przodków utrata pozycji w społeczności mogła oznaczać realne zagrożenie przetrwania. Dziś nie wyklucza nas to z plemienia, ale nadal uruchamia podobne mechanizmy napięcia.

W praktyce oznacza to, że zmiana zwiększa widoczność. A widoczność oznacza podatność na ocenę.

Gdy wprowadzasz nową strategię, nowy proces albo nowego dostawcę, decyzja staje się namacalna. Można ją analizować, komentować, rozliczać. Kiedy trwasz przy starym rozwiązaniu, nawet jeśli jest przeciętne, odpowiedzialność jest rozproszona. Nie ma jednego momentu, w którym „to była Twoja decyzja”.

Dlatego bezczynność nie jest bierna. Jest aktywną strategią minimalizowania ryzyka reputacyjnego. To sposób ochrony tożsamości przed potencjalnym ciosem.

I właśnie dlatego tak trudno ruszyć ludzi ze status quo samymi argumentami. Argument działa na poziomie logicznym. Mechanizm, który blokuje ruch, działa na poziomie ochrony społecznej i emocjonalnej.

Więc znowu: status quo nie jest wygodne. Ono jest przewidywalne. A dla mózgu przewidywalność jest ważniejsza niż potencjalna poprawa.

Jeżeli tego nie uwzględnisz, będziesz się dziwić, że dane są przekonujące, a decyzji nadal nie ma.

Ten sam mózg w różnych rolach

W pracy z zarządami widzę, jak decyzje strategiczne są odkładane, mimo że analizy wskazują na potrzebę ruchu. Krótkoterminowe wahania wyników są bardziej namacalne niż długofalowe ryzyko utraty pozycji. W kalendarzu najbliższe sprawozdanie kwartalne waży więcej niż abstrakcyjna wizja przyszłości.

W sprzedaży sytuacja wygląda podobnie. Klient przyznaje, że obecne rozwiązanie nie jest idealne, ale jednocześnie obawia się konsekwencji zmiany. Jeżeli nowy partner nie spełni oczekiwań, odpowiedzialność będzie przypisana konkretnej osobie. Pozostanie przy średnim, lecz znanym rozwiązaniu jest łatwiejsze do obrony.

Ekspert, który ma pomysł usprawnienia procesu, kalkuluje nie tylko wartość projektu, ale także własne ryzyko. Jeśli inicjatywa nie przyniesie natychmiastowych rezultatów, może to wpłynąć na jego postrzeganie w organizacji.

Role są różne. Mechanizm identyczny.

Na szkoleniach często podkreślam, że ludzie mogą mieć różne doświadczenia i stanowiska, ale operują na tym samym systemie nerwowym. Ten system został zaprojektowany do minimalizowania zagrożeń. W sytuacji niepewności domyślną reakcją jest ostrożność.

Nowe środowisko zawsze niesie większą zmienność. Znane środowisko daje przewidywalność. Nawet jeśli ta przewidywalność oznacza ograniczenia.

Przesunięcie percepcji ryzyka: lekcja z Brexitu

Czy wiesz, jaka różnica głosów zadecydowała o wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej w 2016 roku?

3,78%.

W trakcie szkoleń często podaję przykład Brexitu właśnie w tym kontekście.

Brexit jest interesującym przykładem zmiany percepcji bezpieczeństwa. Różnica głosów była niewielka, a jednak wystarczyła do wyjścia z dotychczasowego układu. Dlaczego?

1, 2, 3, 4 - które z tych słów ma największą moc w tym haśle? Jeśli przeczytasz ten artykuł w całości - powinieneś się domyślić.
1, 2, 3, 4 - które z tych słów ma największą moc w tym haśle? Jeśli przeczytasz ten artykuł w całości - powinieneś się domyślić.

Kampania nie polegała wyłącznie na prezentowaniu zalet alternatywnego systemu. Kluczowe było przekonanie części społeczeństwa, że obecny stan wiąże się z utratą kontroli.

Hasło o „odzyskaniu kontroli” nie musiało udowadniać, że przyszłość będzie prostsza ani bardziej przewidywalna. Wystarczyło zasugerować, że teraźniejszość jest ryzykowna. To klasyczne odwrócenie percepcji ryzyka i pokazanie, że strata może tkwić właśnie w miejscu, w którym jesteś teraz.

Czy to był jedyny powód decyzji o wyjściu z Unii Europejskiej? Oczywiście nie. Ale czy taka zmiana narracji mogła wystarczyć, by przesunąć mniej niż cztery procent głosujących w określonym kierunku? Myślę, że jak najbardziej.

Mózg reaguje silniej na poczucie zagrożenia niż na abstrakcyjne obietnice korzyści. Jeżeli status quo przestaje być postrzegane jako bezpieczne, bilans zaczyna się odwracać.

To samo dotyczy organizacji. Dopóki obecny sposób działania wydaje się mniej groźny niż proponowana zmiana, opór jest racjonalny. W momencie, gdy koszt stagnacji zostaje nazwany i urealniony, równowaga zaczyna się przesuwać.

Dlaczego zostajemy przy tym, co mamy

Wyobraź sobie, że oferuję Ci dziś 100 000 zł. Alternatywa to 120 000 zł za rok. Różnica wynosi 20%. W realiach finansowych to wynik, którego żaden bank nie gwarantuje przy tak niskim poziomie ryzyka. Matematyka jest po stronie cierpliwości.

Mimo to wiele osób wybiera natychmiastową wypłatę.

Grupy z którymi pracuję to wymiatacze i inwestorzy - oni biorą 120k, ale przeciętny człowiek? Większość weźmie 100k dzisiaj - bo 120k za rok jest zbyt "nienamacalne", niepewne - odległe.
Grupy z którymi pracuję to wymiatacze i inwestorzy - oni biorą 120k, ale przeciętny człowiek? Większość weźmie 100k dzisiaj - bo 120k za rok jest zbyt "nienamacalne", niepewne - odległe.

Powód jest prosty: odległe korzyści są dyskontowane. Układ nagrody silniej reaguje na to, co dostępne tu i teraz. Przyszłość jest mniej pewna, mniej konkretna, bardziej abstrakcyjna. Mózg preferuje pewność nawet wtedy, gdy jest ona mniejsza liczbowo.

W kontekście zmiany oznacza to, że wysiłek, napięcie i ryzyko pojawiają się natychmiast, natomiast zyski są odroczone. Reorganizacja zespołu boli dziś. Wdrożenie nowego systemu komplikuje pracę teraz. Zmiana dostawcy oznacza przejściowe turbulencje. Potencjalna poprawa efektywności jest gdzieś w przyszłości. Mózg wycenia niepewność wyżej niż potencjalny wzrost.

Status quo nie wygrywa dlatego, że jest najlepsze. Wygrywa, ponieważ jest natychmiastowe i przewidywalne.

Nadmiar wyboru jako paliwo dla status quo

Jest jeszcze jeden (mój ulubiony) mechanizm, który wzmacnia trwanie przy tym, co znane: przeciążenie wyborem. Myślę, że odpowiedzialny za 3/4 przypadków, gdy temat status quo pojawia się na szkoleniach.

Kiedy decyzja wymaga analizy wielu wariantów, obciążenie poznawcze rośnie. Zbyt wiele opcji zwiększa zmęczenie decyzyjne. W takiej sytuacji najtańszą energetycznie decyzją jest brak decyzji.

W sprzedaży widać to bardzo wyraźnie. Handlowiec, który chce być profesjonalny, pokazuje klientowi siedem wersji rozwiązania, trzy modele cenowe, cztery warianty wdrożenia i kilka scenariuszy integracji. Intencja jest dobra. Efekt często odwrotny. Klient zamiast poczuć klarowność, czuje ciężar. Analiza staje się męcząca, ryzyko błędu rośnie, a bezpiecznym wyjściem staje się pozostanie przy obecnym dostawcy.

U liderów wygląda to podobnie. Prezentacja transformacji zawiera kilkadziesiąt slajdów, wykresy, alternatywne ścieżki, mapy procesów i kilka możliwych harmonogramów. Zespół wychodzi ze spotkania z poczuciem, że temat jest zbyt złożony, by ruszyć teraz. Odkładamy decyzję na później, co w praktyce oznacza powrót do znanych schematów.

Ekspert wewnątrz organizacji również wpada w tę pułapkę. Chce pokazać pełnię swojej wiedzy. Przedstawia wszystkie możliwe podejścia, każdy wyjątek, każdy niuans. Odbiorcy zamiast zobaczyć jasny kierunek, widzą labirynt. A labirynt nie zachęca do działania - paraliżuje.

Im większa złożoność, tym silniejsze pragnienie uproszczenia. Najprostszym uproszczeniem jest pozostanie przy tym, co już działa.

Scott w punkt, z punktu widzenia marketingu co prawda, ale czyż to nie prawda w każdej sferze życia? Wstaw Klienci, zamiast Ludzie i masz receptę na sukces w sprzedaży.
Scott w punkt, z punktu widzenia marketingu co prawda, ale czyż to nie prawda w każdej sferze życia? Wstaw Klienci, zamiast Ludzie i masz receptę na sukces w sprzedaży.

Status quo wygrywa nie tylko dlatego, że jest bezpieczne. Wygrywa, ponieważ w świecie przeciążonym informacjami jest najtańszą decyzją poznawczą.

Nadmiar wyboru pokazuje, że:

mózg szuka uproszczenia status quo jest najtańsze energetycznie

  • mózg szuka uproszczenia
  • status quo jest najtańsze energetycznie

Jeśli tak działa mózg, to jak realnie przesunąć równowagę?

Cztery sposoby przesunięcia równowagi

Jeśli status quo wydaje się bezpieczne dlatego, że znamy jego granice, to zmiana nie zaczyna się od lepszych argumentów. Zaczyna się od przesunięcia percepcji bezpieczeństwa.

Nie przekonasz nikogo slajdem, jeśli w jego głowie obecny stan jest mniej ryzykowny niż Twoja propozycja. Nie wystarczy pokazać potencjalny zysk, jeśli mózg wciąż widzi przepaść.

Projektowanie zmiany polega więc na czymś bardziej subtelnym. Trzeba sprawić, by pozostanie przestało wyglądać na bezpieczne, a ruch w nowym kierunku przestał przypominać skok w pustkę.

Są cztery sposoby, które regularnie widzę w praktyce.

1. Uczyń koszt stagnacji widocznym

Wyobraź sobie rozmowę z zespołem, który od miesięcy odkłada decyzję. Każdy zgadza się, że obecny proces jest nieefektywny. Każdy widzi, że konkurencja przyspiesza. A jednak spotkanie kończy się tym samym: „wróćmy do tematu za kwartał”.

Znasz to uczucie, gdy problem jest oczywisty, ale nikt nie czuje presji, by go rozwiązać?

Dopóki brak działania nie boli w sposób konkretny, mózg traktuje go jako neutralny. Stagnacja jest rozmyta w czasie. Jej koszt nie ma daty ani faktury.

Lider, który chce ruszyć organizację, musi przetłumaczyć abstrakcyjny problem na realny koszt. Co oznacza kolejny rok bez inwestycji? Jak zmieni się udział w rynku? Ile dokładnie tracimy na utrzymywaniu przestarzałego procesu?

W sprzedaży działa to podobnie. Klient często wie, że obecne rozwiązanie jest przeciętne. Dopiero gdy ktoś policzy koszt utraconych szans, przestaje to być „opinia”, a zaczyna być decyzja finansowa.

Stagnacja przestaje być bezpieczna w momencie, gdy staje się mierzalna.

2. Zmniejsz psychologiczny koszt pierwszego kroku

Przypomnij sobie sytuację, w której miałeś podjąć dużą decyzję. Nowa praca. Przeprowadzka. Zmiana modelu działania w firmie. Najtrudniejszy był pierwszy moment, gdy wydawało się, że trzeba postawić wszystko na jedną kartę.

Mózg nie boi się samej zmiany, często boi się po prostu jej nieodwracalności.

Jeśli decyzja wygląda jak punkt bez powrotu, poziom napięcia rośnie. Jeśli można ją przetestować, zmodyfikować, cofnąć, odczuwane ryzyko maleje.

W praktyce oznacza to pilotaże, ograniczone wdrożenia, etapy zamiast rewolucji. W sprzedaży może to być wersja próbna lub mniejszy zakres startowy. W przywództwie jasne komunikowanie, że test nie jest oceną kompetencji, lecz elementem procesu.

Zmiana nie musi zaczynać się od skoku przez kanion, albo kroku w przepaść (Indiana Jones znowu wraca, chyba muszę obejrzeć!) Może zacząć się od sprawdzenia gruntu pod nogami.

Im mniejszy koszt pierwszego kroku, tym większa szansa, że ktoś go wykona.

3. Ogranicz złożoność wyboru

Pamiętasz moment, gdy miałeś wybrać coś prostego, a dostałeś kilkanaście opcji? Pakiet abonamentowy, konfigurację produktu, warianty strategii. Im więcej analizowałeś, tym bardziej rosło zmęczenie.

W końcu odkładasz decyzję.

Zbyt duży wybór zwiększa obciążenie poznawcze. Mózg, który musi przetworzyć wiele scenariuszy, szuka najtańszej energetycznie drogi. Często jest nią brak działania.

Sprzedaż to tutaj mój faworyt. Moje pocieszne działy sprzedaży, które szkolę, wydają się nieprzejednanie odporne na prostą prawdę - LESS IS MORE, czyli mniej znaczy więcej . W sprzedaży przeładowane prezentacje i rozbudowane tabelki potrafią sparaliżować klienta.

W organizacjach wielowariantowe strategie powodują, że zespół traci klarowność. Ekspert, który chce przekazać cały kontekst, może nieświadomie utrudnić decyzję.

Redukcja złożoności to nie upraszczanie rzeczywistości. To ułatwianie decyzji.

Jedna jasna rekomendacja jest silniejsza niż pięć możliwych scenariuszy.

4. Zmień definicję bezpieczeństwa

Wyobraź sobie kulturę, w której błąd jest natychmiast kojarzony z niekompetencją. W takim środowisku ludzie będą chronić status quo, nawet jeśli wiedzą, że można zrobić coś lepiej.

Teraz wyobraź sobie organizację, w której testowanie jest naturalne, a kontrolowany błąd traktowany jest jako element nauki. W takim miejscu decyzja o zmianie nie oznacza zagrożenia dla tożsamości.

Bezpieczeństwo nie musi oznaczać braku potknięć. Może oznaczać zdolność adaptacji.

Jeśli zespół wierzy, że eksperyment nie zniszczy reputacji, koszt psychologiczny działania spada. Jeśli lider jasno komunikuje, że uczenie się jest wartością, a nie słabością, przepaść przestaje wyglądać jak przepaść. Warto dodaj, że przez "komunikuję" rozumiemy, że robi to swoim działaniem - faktycznie tak działa, a nie tylko o tym mówi.

Wtedy, zmiana przestaje być atakiem na stabilność. Staje się narzędziem jej budowania.

Quo vadis status quo?

Status quo nie jest wrogiem. Jest naturalnym stanem, w którym człowiek chroni to, co zna. Problem zaczyna się wtedy, gdy ochrona zamienia się w uwięzienie.

Można latami pracować w miejscu, które nie daje rozwoju, tylko dlatego, że jego ograniczenia są przewidywalne. Można trwać przy dostawcy, który nie wnosi wartości, bo przynajmniej nie generuje niespodzianek. Można prowadzić zespół w sposób, który jest bezpieczny, lecz nie odważny.

W każdym z tych przypadków nie chodzi o brak inteligencji ani ambicji. Chodzi o to, że mózg wybiera to, co wydaje się mniej ryzykowne tu i teraz.

Wyjście z takiego układu nie polega na zebraniu większej liczby argumentów. Polega na wyciągnięciu lekcji z Brexitu - i przesunięciu poczucia bezpieczeństwa. Dopiero gdy obecne miejsce przestaje wyglądać na bezpieczne, a zmiana przestaje przypominać skok w pustkę, pojawia się realny ruch. Wtedy więzienie przestaje być komfortem, a staje się ograniczeniem, które warto przekroczyć.

Ostateczne pytanie

Jeśli więc status quo wygrywa dlatego, że wygląda na bezpieczne, to prawdziwe pytanie nie brzmi: „czy zmiana jest lepsza?”. Prawdziwe pytanie brzmi: „co dziś uznajesz za bezpieczne – i czy na pewno masz rację?”.

Spójrz przez chwilę na własne decyzje.

Gdzie zostajesz tylko dlatego, że znasz granice obecnej sytuacji? W jakim obszarze mówisz sobie, że „jeszcze nie jest tak źle”, choć wiesz, że potencjał jest większy? W relacji z klientem, w zespole, w swojej karierze – gdzie uznałeś stagnację za mniejsze ryzyko niż ruch?

Nie musisz od razu przeskakiwać kanionu. Czasem wystarczy zadać sobie uczciwe pytanie, czy most naprawdę nie istnieje, czy po prostu boisz się zrobić pierwszy krok.

Bo najtrwalsze więzienia to te, które uznaliśmy za bezpieczne .

Chcesz porozmawiać o tym, jak przełożyć to na codzienną pracę Twojego zespołu?

Porozmawiajmy

Oryginał na LinkedIn